budziła się dopiero późnym wieczorem, kiedy gęstniejąca szarość ustąpiła miejsca fioletowi, a potem czerni, a niebo nad willą pokryło się diamentami gwiazd. Noc brała w ramiona uśpioną ziemię. Nadchodzący chłód zmusił Raoula do przymknięcia prowadzących na dziedziniec oszklonych drzwi. Temperatura spadała nocą do piętnastu stopni. Poziewując, zeszła boso do kuchni w skąpej haleczce na ramiączkach i znużona przysiadła przy stole, rozglądając się dokoła jak zagubiony szkrab, nie mający pojęcia, dokąd trafił. Oszołomiona i półprzytomna, straszyła aureolą nieuczesanych włosów. Te opadały jej na ramiona, z przodu zakrywając czoło i omal nie przysłaniając oczu. Zaaferowany, sterczał nad nią z Afrodytą, przyglądając się, jak senna piękność radzi sobie z drobiem w galarecie, sałatką z jarzyn i białym pieczywem. Pałaszowała, co podsunęła jej blond anielica, co rusz obrzucając półżywym wzrokiem swego pana i władcę, jakby w obawie, że złe duchy sprzysięgną się i porwą go, unosząc gdzieś w nieznane. Duszkiem wypiła koktajl z jakimiś dodatkami, o które Raoul nie śmiał pytać. Porozumiewały się monosylabami. Nim się spostrzegł, Afrodyta pomogła jej wstać i odprowadziła ją na górę.
— Sen jest lekarstwem na wszystko — ta rzuciła mimochodem po powrocie, widząc kolejne nieme znaki zapytania w jego oczach.
Gdzieś około drugiej w nocy osamotniona Iryda przyżeglowała znowu na dół, nieomylnie trafiając do jego sypialni. Spoczywająca przy boku Raula Afrodyta przebudziła się i czujnie uniosła głowę, lustrując poruszający się w mroku cień. Raoul również się ocknął. Spragniona ciepła laska bez słowa wsunęła się pod nakrycie, nie pytając się o zgodę. Przytuliła się do niego po ciemku, ufnie kładąc głowę na jego piersi. Był święcie przekonany, że przybyła hurysa ma ochotę na odrobinę nieokiełznania i delikatnie pogładził jej pachnące włosy i nagie ramię. Nim się jednak zdążył do czegokolwiek przymierzyć, ta w jego objęciach mocno zasnęła. Jeszcze nie przezwyciężyła męczącej jej inercji. Póki co, była dla niego wielką niewiadomą i nie mógł zajrzeć do rajskich ogrodów jej duszy. Przez jakiś czas wsłuchiwał się w jej cichy równy oddech, bojąc się nawet poruszyć, a potem także pogrążył się w głębokim śnie.
Następnego dnia wczesnym rankiem wstał na palcach i z lekkim bólem głowy opuścił śpiące piękności. Był zmuszony udać się do miasta. Czekały go okresowe badania lekarskie, napawające go zawsze niejakim obrzydzeniem. W kredowobiałej willi pojawił się z powrotem około południa, lecz w fatalnym nastroju. Organicznie nie znosił ulokowanej w śródmieściu sennej kliniki medycznej ze sterylnymi salami, mnóstwem mrugających wyrafinowanych aparatów o niewiadomym przeznaczeniu i przyciemnionymi pustymi korytarzami, w których nawet ciche kroki odbijały się echem. Miał wrażenie, że przeprowadzają tam niedozwolone eksperymenty medyczne i że wcześniej czy później wyskoczy ku niemu uciekająca świnia z ludzką głową lub inne obrzydliwe monstrum. Bywał w niej tylko z musu, wiedział, że nie wygra z czasem, bo jak tu utrzymać w ryzach zegar biologiczny, zaś opuszczał ją rozdrażniony, jeżeli nie przybity, z obliczem zwiędłym jak jesienny liść. Lata leciały, był już przypadkiem geriatrycznym, a jego organy wewnętrzne można było z powodzeniem podsuwać pod nos młodzikom, studiującym medycynę i zaaferowanym tym, co dzieje się z człowiekiem u kresu jego dni. Wkurzał go brodaty lekarz z oczami bazyliszka, przenikliwym spojrzeniem przeszywający go na wylot. Onieśmielali go zadufani medycy i technicy, rzucający fachowymi terminami, których nie rozumiał. W młodości był końskiego zdrowia, ale nie teraz. Tracił formę i doskonale się orientował, że pewnego dnia tamci podsuną mu ze zjadliwą uprzejmością ulotkę o dobrodziejstwie eutanazji. I bez tego czuł się między nimi jak rozklekotany android, nadający się tylko na śmietnik. Starość nie była w modzie.
Wszedł teraz cicho do holu, zniechęcony i ponury, główkując w myślach nad tym, co porabiają jego długonogie laski. Męczyło go przekonanie, że urósł mu raptem ciężki garb i że dźwiga na swych plecach ze dwadzieścia lat więcej niż powinien. Krótko mówiąc, miał muchy w nosie. Zatrzymał się przy czarnym fortepianie, zgarniając rozrzucone partytury. Szukał spokoju i chciał chociaż na chwilę ukryć się w mysiej dziurze. Projektował, że w domowym zaciszu ociupinę wypocznie, a odzyskawszy siły wyskoczy pod wieczór ze swoimi pannicami na godzinkę do kręgielni. Wypadało ostrożnie przetestować powstały trójkącik i niezmiernie go ciekawiło, jak z takim figlarnym ogonem wypadnie między ludźmi.
Musiał się jednak rozstać z myślą o błogim wypoczynku. W jego świątyni dumania — o zgrozo — to nie wchodziło w grę. Dobiegły go znad pływalni piskliwe dziewczęce śmiechy i poczuł się nagle tak, jakby mu ktoś przywalił czym tępym w łeb. Co to? W jego domu huczało jak w ulu? Porwał się w te pędy w stronę oszklonych drzwi i z osłupieniem wyjrzał na prześwietlony słońcem dziedziniec. Poruszony i przejęty, zastygł z nosem przylepionym do szyby.
— O, nieba, przenigdy — zazgrzytał zębami, dając upust złości. — Miarka się przebrała. Co tu się wyprawia?
Czy go wzrok nie mylił? Czy to naprawdę były one? A może ktoś go przeniósł na boisko luksusowej szkoły dla rozwydrzonych dziewcząt z bogatych rodzin? Nie wierzył własnym oczom i przez chwilę sądził, że śledzi koślawe karykatury swoich boginek. Infantylne aż do przesady. Puszczone samopas, szalały bez opamiętania. Ścigały się jak najęte, podskakując, drąc się i wrzeszcząc wniebogłosy. Jak rozhukane łobuziaki goniły się wokół basenu, próbując się na zmianę dopaść i przewrócić. Sekundowały im uszczęśliwione owiraptory, pajacujące i błaznujące niczym wypuszczone ze stajni źrebaki.
Z marsową miną chłonął ten niechciany widok, a potem przygarbiony wrócił do fortepianu.
— Co za małpy, przeholowały! Wypruję z nich bebechy — zabulgotał jak indor. — Zupełnie bez hamulców! I to mają być panienki do uciech? Przecież to wredne przedszkole. Za dużo ruchu, za dużo decybeli.
Ból rzeźbił jego twarz. Czuł irytację, gniew w nim narastał i wydawało się, że za chwilę eksploduje jak granat. Raniły go zanadto żywiołowe popisy Irydy. Była zaprzeczeniem uległej Afrodyty. Nie o takich rewiach skrycie marzył, kiedy decydował się na kupno drugiej faworyty.
— Kurczę, albo już jestem starym grzybem, albo ci nikczemni kanciarze coś spieprzyli... — pokonany żałośnie miauknął, bolejąc nad sobą i swym podłym losem.
Zabrał się znowu za partytury. Ewidentnie brakowało mu młodzieńczej fantazji. Uwielbiał porządek i ułożył je w równiuteńki stos, ale ręce mu przy tym drżały.
Potem przemógł się i wychylił się przez szeroko otwarte drzwi. Mimo zmęczenia musiał sprostać rzuconemu mu wyzwaniu i jakoś zapanować nad tym żywiołem. Jedną było łatwo okiełznać, dwie — trudniej. Od razu go spostrzegły, przerwały gonitwę i znieruchomiały, ciekawie zezując w jego stronę. Czekały na dalszy rozwój wypadków.
— Hej, maleńkie. Ruszcie swe śliczne tyłeczki i chodźcie tu do mnie — nadto tubalnie zawołał, nie mogąc zamaskować irytacji.
Podbiegły niezwłocznie, zziajane i zatrzymały się przed nim, promiennie zaglądając mu w oczy. Rozochocone, niewinne i niefrasobliwe. Były mu bardzo potrzebne i poczuł niejaki żal na myśl o tym, że musiałby się jednej z nich pozbyć.
— Jak tam gardziołko? — pytająco rzucił do Irydy z niby to zatroskaną miną. — Jeszcze chrypi?
— Już nie — odrzekła, pokazując mu zęby w szerokim uśmiechu. W jej policzkach pojawiły się śmieszne dołeczki. — Jest w porządeczku. — I zaraz niewybrednie się popisała. — Jesteśmy słodkie jak wanilia, ale waleczne jak ninja! — buńczucznie rzuciła mu w twarz wątpliwej maści deklarację.
Uprzytomnił sobie, że jej głos nabrał barwy i mocy.
— No to wracajcie — zawyrokował niby to ukontentowany. Ich beztroska była zaraźliwa, ale wcale mu się nie udzielała. — Dopiero przyjechałem, padam z nóg i muszę się ociupinkę odświeżyć.
Afrodyta już miała mu pokazać plecy, ale Iryda ją na moment zatrzymała.
— Zagrasz potem z nami w piłkę? — prawie błagalnie zapytała.
— W jaką znowu... piłkę? — jego brwi lekko się uniosły. Z platynową blondyneczką nigdy tak się nie zabawiał.
— O, tam leży! — pogodnie wskazała dłonią, widząc znaki zapytania w jego oczach.
Do kolorowego plastikowego balonu dobierały się akurat rozhasane gady, w podskokach spychające go w stronę wody.
Pomyślał o delfinie, który chętnie się włączał w psoty owiraptorów. Efektownie wyrzucał tę piłkę na brzeg, a one ją łapały i z powrotem wtrącały do basenu.
— Czy ja wiem? — przez chwilę się wahał. Czy miał zniżać się do poziomu prymitywnych stworów? Skrzywił się z odrazą. — Zobaczymy!
Powróciły nad pływalnię, ale zdążyło im wyparować z głów szaleństwo. Pamiętały, że jest w domu, więc już ich nie było słychać.
Rozsiadł się w swoim ulubionym fotelu i zaczął nerwowo kręcić palcami młynka. Ogarnięty melancholią, bił się ze sprzecznymi myślami. To fakt, nie na rękę mu była laska z aż tak ognistym temperamentem. Wprawdzie w łóżku była świetna i eksplodował przy niej jak wulkan, ale doba miała przecież dwadzieścia cztery godziny. Z niejakim przygnębieniem wywnioskował, że mógłby jej zakazać ekscesów i wybryków, a przy okazji przewracania w głowie potulnej Afrodycie, bo to wszystko leżało w jego mocy. Po głębszym namyśle doszedł jednak do wniosku, że gdyby się na coś takiego zdecydował, wyszedłby na durnia. Nie tu był pies pogrzebany. Po prostu musiał zrobić coś z sobą, czy tego chciał, czy nie. Ale to nie było proste.
— Kaprawy los! — wymamrotał z żalem.
W kręgielni jego niebiańskie nimfy sprawowały się bez zarzutu, nienaganne pod każdym względem. Nie były do tyłu z makijażem i ciuchami, z wdziękiem się poruszały, a ich zgrabne tyłeczki przyciągały oko. Z początku czuł się niezręcznie i obracał się jak manekin, a paraliżowała go myśl, że jest obrzucany zawistnymi spojrzeniami. Jakim cudem stary, śliniący się ramol dochrapał się asysty dwu błyszczących gwiazd? I to z takim seksapilem? Czy nie pasowały do niego jak kareta do wołu? Z wahaniem zmierzył się z klonami, ale po amatorsku. Przegrał, były o całe niebo lepsze, a potem asekuracyjnie się wycofał, z ulgą żeglując w stronę przytulnego baru. Dopiero kiedy zlustrował je z tyłu z pełną szklanicą w ręku, zorientował się, że nikt nie gapił się na niego jak na błazna w cyrku. Udało mu się wtopić w tło. Czego nie można było powiedzieć o jego rusałkach. Te były na pierwszym planie. Tworzyły udany duet i doskonale się uzupełniały, działając przy tym magnetycznie na otoczenie. Faceci z podziwem połykali je wzrokiem, spontanicznie nagradzając oklaskami po każdym udanym rzucie. Takie laski miło było adorować.
— Pieniądze nie śmierdzą — mruknął pod nosem, uprzytamniając sobie, ile go te rozkoszne pannice kosztowały. Za ten szmal mógłby oblecieć cały Układ Słoneczny i zwiedzić wszystkie planety.
Po kolacji obejrzał swój ulubiony program informacyjny. Czuł, że szykuje się wreszcie coś ekstra, Iryda była w dobrej formie i wcześniej niż zwykle udał się do swojego apartamentu, zwalając się na szeroki tapczan. Intrygowało go, jak zaprogramowane na ślepą miłość i oddanie kurtyzany poradzą sobie ze zmysłowymi igraszkami we troje.
Nie musiał ich do siebie zapraszać. Afrodyta nawinęła się po chwili, pod tym względem zawsze miała nosa, i zajrzała mu w oczy. Cmoknęła go czule w czoło.
— Będziesz się z nami kochać? — zapytała swym zniewalającym głosem, w którym wibrowały niepokojące tony.
Zabrakło mu nagle tchu i poczuł, że zaschło mu w ustach. Nadeszła chwila prawdy. Miał tremę jak małolat, wybierający się na pierwszą rozbieraną randkę. Gra się rozpoczęła i czekało go coś, co żywcem mu się kojarzyło z bezwstydną utratą dziewictwa. Przyszło mu niespodzianie na myśl to, co doświadczona królowa Wiktoria powiedziała córce przed nocą poślubną: „Zamknij oczy i myśl o Anglii!”
— Jasne — odszepnął. — Będę.
Przygasiła mu światło, pozostawiając go w półmroku i zniknęła, wkrótce powracając z tamtą. Wściekle efektowne resztki bielizny dodawały im uroku. Zawinęły do niego jak do portu, nie, raczej jak do ukrytego dionizyjskiego sanktuarium, i oplotły go niby bluszcze swoimi zmysłowymi ciałami. To, co mu zaoferowały, przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Bezbłędnie rozwiązywały najtrudniejsze miłosne równania. Brnął przez morze wyrafinowanych uciech, otoczony archipelagiem cudownych wysp. Doprowadziły jego ciało do stanu wrzenia. Co rusz jęczał z rozkoszy, a jego biodra w ekstazie podrywały się w górę. Euforyczny finał był jeszcze gorętszy, pełen uniesień i wzlotów, dla których brakowało mu nazw.
— Ech! Było jak w siódmym niebie! Arabia Felix! — mruknął do siebie, kiedy rankiem wyszedł po śniadaniu z kuchni, nie pojmując, co mu strzeliło do głowy, żeby zwątpić w czupurną Irydę. Rozwiewała jego obawy. Zatrzymał się przy fortepianie i strzepnął z politury niewidoczny kurz. Nie miał planów na przedpołudnie. Czuł się jak odrodzony, niemalże jak młody bóg. Takie laski mu odpowiadały. Nie musiał się do nich zalecać, zasypywać ich kwiatami i zabiegać o ich względy. Były na skinienie palcem. Rozkosz mnożyła się przez dwa, a może nawet przez więcej.