FANTASTYKA
Edward Guziakiewicz

Home | Obcy z Alfy Centauri | Winda czasu | Zdrada strażnika planety | Hurysy z katalogu | Przyloty na Ziemię

Edward Guziakiewicz
Obcy z Alfy Centauri

1 2 3 4 5 6


Fragment 6


S

zef sekcji omal nie półleżał w przepastnym fotelu. Wygodnie wyciągnął nogi, kręcił palcami młynka i cierpliwie czekał. Emanował majestatycznym spokojem i wręcz arystokratyczną pewnością siebie. Miewał gesty cezara i brakowało mu tylko wawrzynu, wieńczącego skronie. Sala była ciekawie urządzona i wyposażona, a przez olbrzymie okna zdawała się zaglądać do wnętrza oświetlona nocą wieża Eiffla. John nie czuł się pewnie, ulokował się trochę z boku i rzucał na starszego, posiwiałego mężczyznę spojrzenia pełne szacunku. Żywił do niego odrobinę żalu. Z powodu Hilla musiał przerwać nastrojową kolację przy świecach i natychmiast odwieźć Alice do hotelu. Czar prysł, a tak dobrze mu szło. Przy burgundzie otrzymał niespodziewany telefon z poleceniem, aby czym prędzej stawił się w paryskiej centrali. Zwołano naradę, która pewnie miała się skończyć po północy.

Główna ściana pełniła rolę biblioteki i była założona oprawionymi w brązową skórę woluminami z wytłoczonymi złotymi literami tytułami. Hill brał zwykle jedną z tych książek do ręki i ją kartkował, kiedy rozmawiał z mniej ważnymi interesantami. Oficjalnie gmach mieścił w sobie Instytut Historyczny, specjalizujący się w konfliktach zbrojnych dwudziestego wieku i biblioteka w wywołującej wrażenie sali przyjęć na piątym piętrze stanowiła część zaplanowanego kamuflażu. W rzeczywistości naszpikowany elektroniką budynek służył całkiem innym celom, a gdyby któregoś z zatrudnionych tu pracowników zapytać o jakieś szczegóły, związane z pierwszą lub drugą wojną światową, wybałuszyłby oczy i miałby oczywiste trudności z udzieleniem poprawnej odpowiedzi.

Tego wieczora jednak nie Humberto Hill ściągał na siebie spojrzenia oczekujących w sali agentów. Gdy się zebrali, niespiesznie się rozsunęła jedna ze ścian ogromnego gabinetu, odsłaniając zaplecze ze sporej wielkości terrarium z grubego pancernego szkła. To otaczały czujniki, kamery wideo i aparatura medyczna, żywcem ściągnięta z oddziału intensywnej terapii. W terrarium był zamknięty niecodzienny gość — złowiony przez agentów w dolinie Padu kapuściany przybysz z kosmosu.

Hill przepadał za sztucznymi teatralnymi gestami, z którymi uwielbiał łączyć ironiczne komentarze. Podniósł się więc z powagą z fotela i zaklaskał w dłonie, szykując się do występu. Przywołał obecnych do porządku.

— Miło mi zebrane tu zacne grono powiadomić, że na tym kontynencie w słonecznej Italii niespodziewanie zetknęliśmy się z przedstawicielami obcej cywilizacji — bajtlował. — To wydarzenie bez precedensu, coś wyjątkowego i niebywałego, na co wpatrzeni w czerń nieba Ziemianie z utęsknieniem oczekiwali od stuleci. Rendez-vous z kosmitami — uderzył w wysokie tony. — A oto jak wygląda jeden z tamtych! — z dumą wyciągnął wypielęgnowaną dłoń w stronę uwięzionego zwierzaka. Jednakowoż zaraz popadł w pozorowany smutek. — Niestety, i to wielka szkoda, nieprzezwyciężalne bariery językowe nie pozwalają temu śmiałkowi osobiście się nam przedstawić. A to byłby gest! Cóż, względy techniczne, a może zmęczenie długą podróżą — nabijał się w żywe oczy. — Pozostaje mi zatem zastąpić go w prezentacji — z zadowoleniem zatarł ręce. — To nie homo aquarius, moi panowie, nie, nie — zakrzyknął. — To homo viator! Przybysz, znający na wylot cały Układ Słoneczny...

Gad był osowiały po hipernarkozie i nie zajmowała go ta pompa. Na ranę postrzałową nałożono mu szwy w cichej klinice w Mediolanie, jednak nic nie wskazywało na to, by wróciła mu chęć do życia. Przycupnął w rogu, osowiały i potulny, a ślepia miał półprzymknięte. Co rusz przeszywały go dreszcze.

— Chyba wyczuł, że to o nim mowa, bo znieruchomiał — zauważył któryś z obecnych. Chwilę trwało pełne napięcia milczenie.

Po tym paradnym i całkowicie zbędnym wstępie narada gładko się potoczyła. Najwięcej do powiedzenia na temat obcego miał Hugo Boros, specjalista z zakresu inżynierii genetycznej, który przyleciał z Waszyngtonu i siedział teraz tuż obok Johna. Jego też poprosił Hill o pierwsze fachowe komentarze. Smitha nie zajmowały jednak przekazywane dyszkantem szczegóły, dotyczące DNA stwora. Myślami był przy dziewczynie, która niby powiew gwałtownego wichru wdarła się w jego życie, wywołując wstrząs nie mniejszy niż starcie z drapieżnymi gadami z kosmosu. To było nieomal trzęsienie ziemi.

Hill wyrwał go jednak z zadumy. Gdy skończył swój zwięzły wywód brodaty profesor Boros, lansujący tezę, iż schwytany potwór może mieć wiele wspólnego z dinozaurami, szef sekcji niczym doświadczony belfer wywołał technika do odpowiedzi. Ten omal się z wrażenia nie zakrztusił, ale wstał. Humberto zmusił go do relacji z niecodziennego polowania, prosząc go przede wszystkim o barwne szczegóły historii — co najmniej tak, jakby chodziło nie o elektryzujący kontakt z obcymi z kosmosu, ale o zapierające dech safari na rozległych sawannach Kenii lub Tanzanii.

— Tak więc słaniając się od dymu niczym kowboje wypadliśmy z oblężonego przez policję i gapiów supermarketu z dużym słojem po kolorowych cukierkach, z którego wyzierało coś na kształt pocętkowanej na żółto kapusty — kończył swój wywód Smith. — Nie był to efektowny finał. Mimo to tamci przyjęli nas z aplauzem, wariowali jak podczas meczu rugby, wiwatowali i klaskali. Ci, którzy oglądali to widowisko, liczyli pewnie na to, że wyprowadzimy skutych kajdankami młodych bandziorów. Nie tak sobie wyobrażali koniec zajścia. No, ale nie nudzili się. Słyszeli wystrzały. Widzieli pożar i dym. Było po co przyjść. A jak się nie ma tego, co się lubi, to się lubi...

— O nic się nie obawiajcie — szef władczo mu przerwał, uznając, że technik powiedział tyle, ile powinien był powiedzieć. — Środki przekazu odpowiednio skomentują ten wypadek. Póki co, trafił on tylko do serwisów lokalnych, a wielkie stacje pominęły go milczeniem. Szkoda mi tylko — dorzucił w niejakim zamyśleniu — że nie udało się złapać tego drugiego.

Smith nie czuł się winny, mimo to zaczął się rozgrzeszać.

— Nie rysowała się inna możliwość. Miał alfę, więc nawet gdyby udało nam się wynieść z magazynu kawał muru, to i tak byłby w stanie nam prysnąć. W każdym razie jest pod ustawiczną kontrolą.

Technik chciał jeszcze wspomnieć o zasługach swego pomocnika, Williama, ale uwaga obecnych skupiła się znowu na maszkarze. Humberto Hill zbliżył się do terrarium i niemal ostentacyjnie poprawił dobrze zawiązany krawat przy czarnej koszuli. Minę miał taką, jakby chciał zapytać stwora, czy jego zdaniem z gustem się ubiera, czy nie. A może źle dobrał wzór i kolor? Ten jednak opacznie pojął jego intencje. Otworzył ślepia i trwożliwie zakrakał. A potem umknął w przeciwległy róg szklanej klatki.

— Alice Dupont — przypomniał sobie szef z niejakim roztargnieniem. — Nasze milutkie dziewczątko chyba już się zabiera do prześwietlania piekielnego urządzenia, które to bydlę przytargało?

Smith z lekka się zarumienił. Pomyślał sobie, iż Hilla zdążono poinformować, że dopiero co tulił ją do siebie na parkiecie. Przecież w tej branży wszyscy patrzyli sobie na ręce. Ostatecznie, nie było źle wiedzieć, kto z kim się parzy i przy jakich okazjach.

— Ma powołać zespół i zabrać się do pracy — rzucił wymijająco.

Humberto zmarszczył brwi, popadając w nagłą zadumę.

— Znakomicie! — oznajmił. — Fenomenalnie! — Następnie podszedł do biblioteczki i wyjął opasłe tomisko, które bez pośpiechu zaczął wertować. Zatem ten etap możemy uznać za zamknięty — podsumował nareszcie z nieskrywanym zadowoleniem. — Ma się rozumieć, kilka drobiazgów trzeba będzie jeszcze wziąć pod uwagę. Należy posprzątać po akcji. Zatuszujemy nie tylko incydent w supermarkecie. Uspokoimy również tych z Fratellanza. Patałachy, skarżyli się, że naruszyliście ich spokój. Niby w wielkim zaufaniu im zdradzimy, iż było doniesienie o wycieku biochemicznym na szosie, na szczęście, fałszywe — objaśnił ze swadą, dumny ze swego kretyńskiego pomysłu. Zaczął się śmiać. Potem nagle zmienił temat, nie wiadomo dlaczego zwracając się znowu w stronę siedzącego w milczeniu Johna. — A propos... Zdaje się, że matka tej Dupont była Francuzką, czyż nie tak?

Pytanie należało do retorycznych i było właściwie bez znaczenia, a poza tym całkiem nie na miejscu, więc pytający przypuszczalnie nie oczekiwał na nie żadnej odpowiedzi. Nietrudno było dociec, co Hillowi chodziło po głowie. Na twarz agenta znowu powoli wypełzł rumieniec wstydu. Miał fart, bo nikt w jego stronę nie filował, gdyż wszyscy gapili się na kapuścianego głąba, ciekawi jego zachowań. Humberto też zaraz podszedł do akwarium.

— Dobre sobie, myślałby kto — wyszeptał do swoich myśli. — A cóż cię to, spryciarzu, obchodzi, nie ma co...

TOP