iwobrody skrzyżował ręce.
— To może po kolei... — nieśpiesznie zagadnął i Mi-irowi przeszło nagle przez głowę, że strażnik Ziemi pewnie od dawna nie miał tu do kogo otworzyć ust i szczerze porozmawiać o tym, co go nurtuje. — Nasza cywilizacja, uchodząca za twór niemalże najdoskonalszy we wszechświecie, nieoczekiwanie została dotknięta procesami rozkładu. Czy jesteś w stanie pojąć, jak długo żyją nasi mentorzy? — jego oczy zaśmiały się do siedzącego w kucki słuchacza. I dodał, nie czekając na odpowiedź: — Zdziwisz się, to spada na każdego jak grom z jasnego nieba. Około miliona ziemskich lat. A może nawet dłużej? — skrzywił się. — Któż jest w stanie przebić się przez mur niewiedzy?
— Nie da się ukryć, to faktycznie dużo — zgodził się Mi-ir.
Obcy odchrząknął, wiedząc, że wyzna coś nazbyt osobistego.
— Prawdę powiedziawszy, daleko mi do nich. Nie mam nawet czterech tysięcy lat. Należę więc do młodziutkich transgalaktytów, poniekąd bez wystarczającego doświadczenia życiowego. Na barki takich, jak ja, spadały z dawna pradawna różne galaktyczne prace, do których starsi już się nie rwali — na chwilę zamilkł i Mi-ir zaczął podejrzewać, że tamten wstydzi się swego wieku.
— Cztery milenia? To też sporo — rzekł pocieszająco.
Stary podjął przerwany wątek.
— Tak więc nas, najmłodszych, goniono do różnych robót w kosmosie — głównie tam, gdzie trafiały się rokujące kultury. I wszystko byłoby nadal w najlepszym porządku, gdyby nie to, że — jak ci wspomniałem — ściął nas z nóg ów kryzys. Kilku najstarszych zwyrodnialców uzurpowało sobie prawo do ratowania gatunku. To okazało się chore. Zaczęli nas katować — głos starca stał się chrapliwy — twierdząc, że niosą nam ocalenie. Z centrum płynęły sprzeczne ze sobą i siejące popłoch rozkazy, od których nie było odwołania. Podobni do mnie salwowali się ucieczką. Rozpaczliwie wybierali banicję. Z reguły kryli się na dalekich planetach, na których wcześniej wypruwali sobie żyły, a tam lawirowali jak mogli, starając się w miarę możliwości ignorować polecenia z Taurosa. Na dłuższą metę bywało to tragiczne w skutkach. Ci, na górze — z nawyku wskazał palcem błękit — zabierali się bowiem po kolei do wszystkich animowanych cywilizacji. Niszczyli je — właściwie tylko po to, żeby wykurzyć uciekinierów i zmusić ich do powrotu.
Mi-irowi coś zaczynało świtać w głowie.
— Owa piekielnica na Taurosie mimochodem wspomniała — przypomniał sobie jej słowa — o obróceniu w niwecz Urch. Jeżeli ją dobrze zrozumiałem. Tak, mówiła o tym. Powiedziała: "Tamtą młodą cywilizację szlag trafił!" Chodziło jej o moją rodzinną planetę. Chyba się nie mylę...
Starzec się przygarbił. Było mu jeszcze bardziej wstyd.
— Uczynili to? Już?! Sukinsyny. Dlaczego tak się spieszą? — ostatnie słowa zabrzmiały jak bolesna skarga. Zaraz jednak się wyprostował i zaczął się mobilizować, jakby jego zapas sił był niewyczerpany. — Kiedy wpadliśmy na trop immortusów — kontynuował — pierwsze oznaki zgnilizny były już widoczne w naszym półświatku. Świadomość tego, że istnieją, niewymownie przyspieszyła rozkład moralny. Schodziliśmy na psy. Z nieśmiertelnikami w kosmos żywiołowo wdarło się nowe — a to oznaczało, że myliliśmy się od samego początku, bo oparliśmy się na błędnych pryncypiach. Zbyt mocno uwierzyliśmy w to, że jesteśmy w stanie przeniknąć wszechświat do głębi, ogarnąć go i sobie poddać. Tymczasem nasz umysł przegrywał z tajemnicą. Nie umieliśmy sobie z tym poradzić. Za pośrednictwem immortusów ktoś niepojęty, spoza naszego zasięgu, zmierzał do odebrania nam władzy, a przynajmniej jej ograniczenia. Uzmysławiał nam naszą niemoc. Trudno, żeby świadomość tego nie wywoływała zbiorowej paranoi. Zwłaszcza w pokracznej radzie — zamilkł, ale zaraz się ożywił. — Wiesz, kosmos to ogromne pole do popisu. Można w nim przeprowadzać gigantyczne prace, stabilizować układy słoneczne, przenosić całe systemy do innych galaktyk. Bywało, że wyrzucaliśmy na śmietnik zbędne ciała niebieskie. Jednak obecnie, jeżeli grzebiemy się w czymś takim, musimy zachować wielką ostrożność. I upewnić się, że na przeznaczonej do anihilacji planecie lub księżycu nie ma wiecznotrwałych. No i zabrać ich stamtąd, choćby to był tylko jeden osobnik. Gdybyśmy to przeoczyli, zamiast usuwanego obiektu sromotny koniec czekałby tych, którzy biorą się za tę robotę. Już się przecież tak zdarzało. Ot, co! Przesiedlanie immortusów należy do mozolnych operacji, gdyż musi się na nich chuchać jak na kruche gliniane naczynia. Trwa to całymi latami, a przykładem może być wasz glob. Dwaj z Urch są teraz w rezerwacie na Taurosie. Nie są świadomi swoich utajonych możliwości. Waszą trójkę wysłano w podróż międzygwiezdną. Na Ziemię. Lecz tu, na peryferiach tego układu, miałem podjąć ryzyko i pozbyć się waszego kosmolotu. W następnej kolejności prawdopodobnie otrzymałbym rozkaz zniszczenia Ziemi, o ile po frontalnym ataku na was z dużych mas w tym systemie solarnym coś by jeszcze zostało. Nawet gwiazda mogłaby nie wytrzymać. Taki jest obecnie najogólniej biorąc stan rzeczy. Innymi słowy: tkwimy razem w tym bagnie po szyję...
— Naprawdę ciekawe — rzekł w zamyśleniu Mi-ir. — Ale i porażające...
Biały obłok nad szczytami górskimi skojarzył się mu nieoczekiwanie z warkoczem Safony.
— Wytrąciłem wasz statek z orbity i zepchnąłem go na ten kontynent. Wybrałem kotlinę Nestosu. Szukaliście lądowiska na północy Europy, tu jednak upatrzyłem dogodniejsze miejsce. Wiedziałem, że wszyscy oprócz waszej trójki zginą, ale to było nieuniknione — przyznał się do niewyobrażalnej zbrodni, za którą na Urch konałby w straszliwych mękach, poddany wyrafinowanym torturom. — Gdyby przetrwali i zdążyli się przeobrazić, byliby kulą u nogi i moją, i waszą. Nie udałoby mi się przeprowadzić planu ratowania Ziemi. Byłem pewien, że poradzicie sobie i że się dogadamy. Liczyłem i nadal liczę na to, że mi pomożecie. W was moja nadzieja. Z kolei ja jestem waszą ostatnią deską ratunku — w słowach starca Mi-ir wyczuł nutę desperacji.
— Liczysz na nas?! — Urchita popadł w zadumę. Oczyma wyobraźni oglądał zwłoki pobratymców, wyrzucane przez Traków z kosmicznego kolosa jak ciała ohydnych zwierząt.
— To oczywiste — rzekł starzec. — I nie wstydzę się tego wyznać. Miłuję tę planetę. Jestem na niej od stuleci i zdążyłem się do niej przywiązać. A ponadto odwaliłem tu kawał dobrej roboty. Jeżeli ze mną pozostaniecie, będę mieć pewność, że ci zwyrodnialcy jej nie zniszczą. Nie odważą się. — Odgonił pszczołę, krążącą mu koło głowy. — Nie odważą się — powtórzył. — Nie zdajesz sobie sprawy z tego, jakie skutki wywołałoby takie nieprzemyślane uderzenie. Czy wiesz, co spowodowała korekta położenia waszego statku? Sprowadziłem go przecież tylko z orbity okołoziemskiej. Takie tam sobie wymuszone lądowanie. A jednak!.. Jedna z planet tego układu słonecznego straciła księżyc, a druga się rozpadła, zamieniając się w sznur odłamków skalnych. — Pogładził brodę w zadumie. — Taka jest prawda. Gdybym zaatakował was wtedy, kiedy byliście jeszcze daleko, zadany cios po odwróceniu trafiłby we mnie. I to potężnie zwielokrotniony. Wykonawszy zadanie, musiałbym więc zbiec, lotem błyskawicy umknąć gdzieś daleko. Decydowałyby sekundy. Z pewnością i tak przetrwalibyście w przestrzeni kosmicznej, znajdując gdzieś oparcie. A może waszemu statkowi kosmicznemu w ogóle nic by się nie stało? Ściągając was na Ziemię, miałem pewność, że impet ulegnie przeniesieniu gdzieś poza jej orbitę. Ta planeta jest rękojmią waszego bezpieczeństwa. Są tu warunki do znośnej egzystencji, powietrze i pokarm. A żyć będziecie — co tu dużo mówić — naprawdę długo, pewnie tak jak ja.
Starzec zamilkł, a rozsypane fragmenty zaczęły wreszcie się układać w czytelny obraz.
— Ooo!.. — uprzytomnił sobie Mi-ir. — Ta furiatka na Taurosie widocznie odkryła, że jestem immortusem. Straszliwie się przeraziła. Miała taki mały znaczek...
— I zajarzył się rubinowo, wskazując na zagrożenie pierwszego stopnia?..
Mi-ir skinął głową.
— Tak było, jak mówisz.
— Niesamowite — nagle ożywił się siwobrody. — Niezapowiedziana wizyta obskurnego dzikusa z kosmicznej dżungli — zaczął chichotać, rozbawiony. Po chwili omal nie skręcał się ze śmiechu. — To nowy rozdział w stosunkach między transgalaktytami a wybranymi. Musieli nieźle srać w gacie — próbował się domyślać. — To dla nich szok. Nie mogą was skrzywdzić, to oczywiste. Jednakże najchętniej ujrzeliby was w pilnie strzeżonym rezerwacie. Sami tu się nie obronicie, ale razem ze mną, ze strażnikiem planety, a właściwie byłym strażnikiem planety, macie ogromne szanse.
Mi-ir podniósł się i otrzepał szatę z trawy.
— Nadążam za twoim tokiem myślenia. Ty nam pomożesz zachować niezawisłość, my zaś wesprzemy cię w dziele ratowania Ziemi. Czyż nie tak?..
— Tak, tak, dokładnie tak... — potwierdził siwobrody. — Ale to wszystko wymaga pewnych przygotowań. I rozważnej asekuracji. Wspólnie musimy zadbać o to i owo, żeby nasze przedsięwzięcie się powiodło. Objaśnię ci z detalami, żebyś nie miał cienia wątpliwości. — Zlustrował z troską horyzont, jakby ponad nim miał się pojawić wrogi statek międzygalaktyczny z uzbrojoną po zęby nienawistną załogą. — Oni mogą tu zawitać w każdej chwili. Na pewno lękają się immortusów, bardziej niż najwścieklejszych bestii, ale przy tym rzadko rezygnują z chorobliwych planów. Zdekonspirowałeś nas, więc należy się liczyć z ich kontruderzeniem...
— Zatem popełniłem błąd, udając się na Taurosa... — zauważył Mi-ir. Medytował nad swoją tożsamością. Najpierw był Urchitą, potem w wyniku przeobrażenia stał się Ziemianinem; teraz zaś okazywało się, że to jeszcze nie wszystko.
Siwobrody skrzywił się.
— Błąd i nie błąd — powiedział. — Sądziłem, że możemy to odłożyć na kilka miesięcy. Miałem zamiar odsłonić przed wami prawdziwe uroki Ziemi, pokazać wam Ateny, inne miasta, tutejszą kulturę, życie, ale cóż? — z zafrasowaniem podrapał się po łysinie. — Rzecz w tym, że na jednej z gór północnego masywu półwyspu jest osadzony międzygalaktyczny przekaźnik, bez którego dalekie kosmiczne wyprawy nie są możliwe. Tworzy on pomost między nami a tamtymi na Taurosie. Jest chyba ostatnim w tej części kosmosu tego typu urządzeniem, skoro zniszczono waszą ukochaną Urch; tam bowiem znajdował się podobny. Jeżeli wyłączymy przekaźnik, z Taurosa nie będą mogli do nas dotrzeć, a to jest decydujące. Zyskamy nielichą przewagę, wynoszącą blisko dwa i pół tysiąca ziemskich lat...
Mi-ir spoglądał na starca z niejakim niedowierzaniem — prawie jak malec, który dziwi się, że mogą istnieć poprzeczki za wysokie nawet dla dorosłych.
— A sam nie możesz wyłączyć tego przekaźnika?
Wyjął z zanadrza płytkę pilotującą, przyglądając się jej z zaciekawieniem. Starzec ujrzał wreszcie swoją zgubę, ale się o nią nie upomniał.
— To? — skrzywił się. — Ten instrument ma niewielki zasięg i umożliwia przeskok — na przykład — z kontynentu na kontynent. Aby służył do podróży międzygwiezdnych, musi być sprzężony z przekaźnikiem, a ściśle biorąc z dwiema stacjami, wysyłającą i odbierającą. — Wyjaśnienie było przekonujące. — A jeśli chodzi o twoje ostatnie pytanie, to muszę wyznać, że unieszkodliwienie iglicy wcale nie jest takie łatwe. Jest doskonale zabezpieczona, bo to przecież obiekt strategiczny. Nie dysponuję narzędziami, umożliwiającymi zniszczenie lub zawieszenie pracy transportera międzygalaktycznego. Aby je zdobyć, musiałbym udać się najpierw na Favo...
— Na Favo?! — Mi-ir zrobił wielkie oczy. Nic mu nie mówiła ta nazwa, ale poczuł smak nowej fascynującej przygody. Ziemia Ziemią, ale nie miał nic przeciw temu, żeby trochę pohasać między gwiazdami.
— To planetoida, znajdująca się w bezpośredniej bliskości Taurosa. Nie widziałeś jej, lądując w bazie, bo stamtąd jest niewidoczna...
— Ujrzałem tylko dwa słońca.
— Otóż na Favo są magazyny ze sprzętem, przy pomocy którego można rozbroić ziemski przekaźnik. Chodzi o specjalne źródła energii. Ale są tam również strażnicy, z którymi sam bym sobie nie poradził.
Głos mu zadrżał. Urchita pojął, że chodzi o sprawę znacznie poważniejszą niż wcześniej przypuszczał. Coś mu mówiło, że nie powinien się wahać.
— Zgoda — wypalił w ciemno. — Uważam, że powinniśmy ci pomóc — dzielnie zapiał. — I tu, na Y-o, i tam, na Favo.
Żółte słońce skryło się znowu za skłębionymi obłokami. Mi-ir usłużnie podał nestorowi sękaty kostur. W milczeniu pożegnali płaskowyż, niespiesznie schodząc w dół skalistego wąwozu. Negocjacje, którą właśnie ukończyli, były jedyne w swoim rodzaju i nad podziw wyjątkowe. Obyło się bez długich targów. Obaj byli radzi, że się dogadali. Teraz należało przekuć słowa w czyn. A przede wszystkim otworzyć oczy nieświadomym niczego towarzyszom na to, co się wokół nich faktycznie działo.
— A czy na Urch pędził żywot strażnik planety? — Mi-ira nagle olśnił pewien domysł.
Tamten przystanął, znieruchomiał i chwilę się zastanawiał.
— Był tam taki — rozwiał jego wątpliwości. — Ty go nie znałeś — dodał, widząc zdziwienie w jego oczach. — Mu-ur natomiast spotykał się z nim na Ab-dan-gra. Ma się rozumieć, nie wiedział, z kim ma do czynienia.
— Gadał z wojownikiem? Dywagował z nim? Nie chce się wierzyć — wykrztusił nieco wytrącony z równowagi. — Dlaczego właśnie z tym mrukiem?
Starzec ścisnął mocniej kostur.
— To nie sprawa prestiżu — odezwał się. — Po prostu... — zająknął się — z waszej trójki wojownik był... najbardziej nieobliczalny. I nieprzewidywalny. A w przypadku immortusa — jak już wiesz — to rzecz nie bez znaczenia. Trzeba go było mieć na oku. Pilniej niż waszej dwójce patrzeć mu na ręce. I po cichu pilnować, żeby nie szarpnął się na coś niedorzecznego, jeśli nie szalonego...
Ruszył dalej, macając kijem i kierując się w dół. Mi-irowi przyszło do głowy, że powinien na razie dać sobie spokój z nurtującymi go wątpliwościami. Każda odpowiedź rodziła ból następnych dziesięciu niecierpliwych pytań. I tak mogło być bez końca. Zaczął w milczeniu posuwać się za nim.
Przystanęli na chwilę, by odpocząć, tam, gdzie zwykle Abihu łowił ryby.
— Byliście zatem w komitywie, ty i tamten strażnik planety? — zagadnął.
Matuzalem przytaknął.
— Owszem, ale on nie zdecydował się otwarcie zadrzeć z radą. Co nie znaczy, że mi po cichu nie pomagał. Oby ci, tam, na Taurosie, do tego nie doszli. Miał swoje wymyślne sposoby oddziaływania na skrytego i zamkniętego w sobie wojownika. Znał go jak własną kieszeń i umiał nim manipulować. Odwiedził nawet Ziemię tuż po katastrofie, złożył nieoczekiwaną wizytę i prawie niewidocznie dotrzymywał towarzystwa Mu-urowi. To on sprawił, że ten bez wahania podszedł do ogniska, przy którym szykowałem się z chłopakiem do snu. No, ale ze mną nie gadał i nie dzielił się planami na przyszłość. To były jego sprawy. Ma się rozumieć, możesz wojownikowi o tym wspomnieć, ale wydaje mi się, że lepiej będzie dla niego, jeśli się nie dowie. A może sam z czasem na to wpadnie?
— Niezwykłe, zdumiewające, niewiarygodne — Mi-ir nie krył zachwytu dla tej wyjątkowej strategii.
— Wcale mu się nie dziwię — spokojnie ciągnął nestor — że miał dość tej roboty i tamtej planety. I że chciał odejść. Urobił się tam po łokcie. To nie takie proste, niezauważenie przyczynić się na zaludnionym globie do szybkiego pojawienia się nowych technologii. Przy tym bez podejrzeń o ingerencję z zewnątrz. A wszystko tylko po to — śmiechu warte — żeby można było trójkę wiecznotrwałych wyekspediować do sąsiedniego układu solarnego. To nieomal jak stawianie wieloprzęsłowego mostu dla kilku maluteńkich mrówek. Wychodziło mu to już bokiem.
Wydawało mu się, że rozumie starego.
— Na jego miejscu też pewnie miałbym dość — orzekł, spuszczając z pokorą głowę.
Pogapili się na krążące pod powierzchnią ryby, a potem zaczęli posuwać się w dół.